Zbyszko Bednorz – Decyzja. Rzecz o człowieku odzyskanym (część 2)

Zbyszko Bednorz – Decyzja. Rzecz o człowieku odzyskanym (część 2)

Teraz całym sercem pragnąłby dociec przyczyny jej wizyty, z pewnością kryło się coś za tym, może jakieś przeszpiegi, a może po prostu chciała się wymknąć policji.
– Vati, szukam cię, posłała mnie mama.
Nie zauważona w półmroku weszła do kotłowni Käthen. Miała na sobie sukienkę w niebiesko-żółte, gęsto siane kwiatki i niebieski fartuszek. Piotr Żmuda wziął córeczkę na ręce i wesoło podniósł w górę. Był nawet rad, że przerwała mu tę zadumę, w której jak nigdy dotąd ujrzał życie własne w przedziwnej jasności. Ciekawe, że dziś świadomość ujawniała mu takie momenty z tego życia, o których mu się dawniej i nie śniło. Choćby ten Kobiór i te chłopięce lata. Nagle otrząsnął się jakoś dziwnie, jakby z chłodu – co t będzie jutro o tej porze? A no, co Bóg da. Na wszelki wypadek wysłał Käthen do państwa Neumann, niegdyś właścicieli dobrze prosperującej piekarni, z którymi Żmudowa umówiła się na wspólne wyruszenie z domu i kazał jej powiedzieć, żeby nie czekali na nich, bo w ostateczności –
– powiedz im, że mamusia nie jedzie.
Dziecko spojrzało na ojca pytająco. Gdy wychodzili z podwórka, Żmuda przystanął:
– Słuchaj Käthen, mamusia powiedziała ci, że jedziemy, ale ja teraz właśnie idę do mamusi i mamusia zmieni swoje postanowienia, zobaczysz. Nie żal by ci było tego podwórza, własnego ogródka, w którym by uschły wszystkie twoje kwiatuszki, jakie posiałaś na klombie pod starą jabłonią, wiesz, że nikt by ich nie podlewał…
I tak mówił jeszcze chwilę, ale dziecko obałamucone przez matkę i żyjące już od kilku dni w atmosferze wyjazdu w daleką podróż – samo nie wiedziało, czy lepiej słuchać mamusi czy tatusia.
– W każdym razie teraz pójdziesz do pani Neumann i powiesz, że nie jedziemy; możesz tam zostać dłużej – dodał, nie chcąc by dziecko wróciło do domu w czasie jego rozmowy z Gerdą.
Gerda czekała na tę rozmowę. Żmuda wszedł poprzez ogołocony przedpokój do kuchni. Kuchnia zionęła pustką, mimo, że właściwie umeblowanie kuchenne pozostawało nienaruszone, jednak brak naczyń, serwet, firanek, obrusa na stole i innych drobiazgów czynił z tego przytulnego miejsca, w którym skupiało się przez długie lata ich życie, pomieszczenie zimne i nieprzyjemne. Pod oknem stał duży, otwarty kosz. Gerda siedziała przy stole i szyła, widocznie jakieś woreczki na żywność. Na dosyć szczupłej, raczej kościstej twarzy, jeszcze świeżej, znać dobrze pielęgnowanej, rysowała się stanowczość, podkreślona może najsilniej zakrzywioną energicznie bródką.
Z chwilą wejścia męża, igła nawleczona białą nitką na chwilę przestała migać. Piotr zdawał się na nic nie zwracać uwagi. Nad piecykiem gazowym w biało emaliowanym, blaszanym pudełeczku zawieszonym na ścianie znajdowały się zwykle zapałki. Chciał zapalić papierosa.
– Dlaczego tu dziś nie ma zapałek?
Powiedział to tonem złym i burkliwym. Ale złości w sobie właściwie nie miał. Z awanturą wyszedł z domu w południe, więc nie wypadało teraz mówić do żony inaczej. Jednak wolałby raczej powiedzieć Gerdzie coś uspokajającego, ugodowego. Gdy przed chwilą szedł po schodach, nawiedziła jego duszę pogoda, jakby już było po wszystkim. Przez wysłanie Käthen do Neumannów z wiadomością o zrezygnowaniu z wyjazdu, sam uległ sugestii własnej decyzji. Sprawa jest więc rozwiązana, tylko jeszcze Gerda musi to zrozumieć. Więcej niż pewne, że zrozumie. Na schodach też przypomniał mu się jakiś jej ulubiony wierszyk, dziwnie nachylający zawsze jego serce ku rzeczywiście pięknym dniom narzeczeńskim, jakie przeżyli w Lądku”
Es Jocht der Mai,
Der Wald ist frei
Von Eis Und Reifgefänge
Der Schnee ist fort,
Am grünen Ort
Erschailen Luftgesönge.

Tym wierszykiem chciał Gerdę przywitać…
– Zapałki są spakowane tam – wskazała głową na kredens, gdzie stał średniej wielkości neseserek, wnętrze podzielono na specjalne przegródki, w których znajdowały się: zapałki, świeczki, latarka z zapasowymi bateryjkami, dalej nożyczki, agrafki, guziki, kłębki cienkiego szpagatu i rolka sznurka grubszego, pozwijane jakieś paski i wiele innych mających się przydać w podróży drobiazgów.
Żmuda podziwiał przezorność i umiejętność, z jaką jego żona od kilku dni pracowała nad spakowaniem najniezbędniejszych rzeczy. Likwidowała mieszkanie na chłodno w sposób zorganizowany. Początkowo nawet Piotr pomagał przy tym trochę, ale potem to pakowanie właśnie stanowiło źródło ich piekielnych kłótni. Ona chciała go postawić przed faktem dokonanym. Tymczasem dzisiaj – Piotr to czuje wyraźnie – Gerda musi przestać grać tę komedię wyjazdu.
Zapalił papierosa i usiadł na małej ławeczce pod piecem.
– Käthen poszła do Neumannów zawiadomić ich by nie czekali jutro rano na ciebie – rzekł już zupełnie spokojnym głosem.
Gerda wstała.
– Twoja bezczelność na pewno nie zaważy na naszym jutrzejszym wyjeździe.
Podeszłą do okna nawlekać igłę.
Ręce jej się trzęsły, tak była wzburzona wewnętrznie.
– Nie dość na tym, że masz zamiar rozbić własną rodzinę, zerwać ślub małżeński lecz w dodatku chcesz mnie jeszcze zblamować. Ale ja ci na tym miejscu oświadczam, że…
– Nie pragnę żadnych oświadczeń.
– … że my z Käthen wyjeżdżamy stąd bezapelacyjnie od tych Rusów i Polaków, od tego złodziejstwa, bandytyzmu, od kpin i panoszenia się tej całej polskiej zgrai, która obsiadła nasze domy, wille, uzdrowiska. Pluję na nich i nie cierpię. Rozumiesz , ja ich nie cierpię!
– Więc pojedziesz tam by z głodu zdychać?
Żmudzie udzielała się prędko jej temperatura psychiczna, ale do tej pory siedział wciąż na ławeczce; tylko papieros często do ust wkładany świadczył o wzrastającym podenerwowaniu.
– Wolę tam zdychać z głodu, niż tu jeść upokorzenia u wstyd. Niż tu się dławić tym ich polskim chlebem.
– Zawsze twierdziłaś, że to ziemia niemiecka, to i niemiecki chleb tu rośnie…
Piotr trwał jeszcze w pokojowym nurcie rozmowy, przecież argumenty, którymi ewentualnie mógłby Gerdę przekonać, mieniły się pianą ironii.
W niej jednak przewalała się już burza.
– teraz tu nie rożnie niemiecki chleb, tylko polskie chwasty – rzuciła z pogardą, wykrzywiając twarz w uśmiechnięty grymas.
Żmuda wstał; dziwnie boleśnie dotykały go te ataki na Polaków. Podszedł do Grety, która cięła teraz nożyczkami jakiś kawał płótna przy stole, położył rękę na jej ramieniu.
– Słuchaj, daj pokój tym głupim złościom. Chwasty i kanalie są u nas też, a pewnie jest ich nawet więcej u nas. Bo nie oni gnębili Europę przez pięć lat. Bądź rozsądna. Zostaniemy tu, mam tu posadę niezłą, mamy mieszkanie, dziecka jak nie chcesz posyłać do szkoły, to nie, możesz Käthen uczyć samą w domu. Wiesz, że to tak długo nie zostanie, sytuacja się zmieni, wrócą tu znowu nasi, tylko trzeba przetrwać najgorsze.
Gerda strząsnęła jego rękę jak strząsa się nieprzyjemnego owada.
– Kłamiesz podle. Wszystko co mówisz, kłamiesz. Czujesz się z nimi związany. Szczekasz ich językiem, pijesz i żresz z nimi. Wara co id „naszych”. Nie masz prawa mówić „nasi”. Nigdy tak jasno jak dziś nie zdawałam sobie sprawy, żeś ty z ich rodu, chociaż – zawahała się chwilę – ty sam właściwie nie wiesz kim jesteś, ale ja wiem: na dwie strony zdrajca i judasz!
– Honoru deptać sobie nie…
– Honor! Tak, na mnie już padł cień „honoru” twojej rodziny…
– Nie pozwolę sobie deptać po swoim honorze, rozumiesz to?
Powiedziane w bladym oburzenie zdanie przypieczętował wściekłym, bezmyślnym zatrzaśnięciem otwartego kosza.
Dobrze zdawał sobie sprawę o czym myślała Gerda kiedy syknęła przed chwilą „cień honoru twojej rodziny”. Myślała o jego siostrze Katarce. Stało się to kilka miesięcy po jej zdumiewającej wizycie w Lądku, wizycie zresztą już o tyle nieprzyjemnej, że Gerda z Katarką niemal od pierwszego wejrzenia zniecierpiały się wzajemnie i stąd Piotr przez ten czas był między młotem a kowadłem. O tragedii Katarki dowiedziała się pierwsza Gerda. „Och, mawiała potem często do Piotra, żebyś wiedział ile ja się wtedy wstydu najadłam, kiedy inspektor Haase przyszedł do mnie wtedy z tą gazetą. Imię i nazwisko to samo jak u naszej Käthen. Katharine Żmuda”. Oberschlesische Zeitung, z którą przyszedł do Gerdy inspektor Haase z końcem stycznia 1942 roku, zawierała na stronie piątej niewielką notatkę:
„Rundiunkverbrechter zum Tode verurteilt.
Joseph Tomalla
Victor Sledziona
Katharine Zmuda
Volksdeutsche aus Pless (Volksliste Nr. III a.W.) wurden heute wegen Rundiunkverbrechens zum Tode verurteilt. Się haben seit März 1940 wiederholt Nachrichten des Londoner Senders abgehört Und durch Weitererzählung das Volk beunruhigt Und die seindliche Propaganda unterstützt. Alle Waren Mitalieder der polnischen unterirdischen Organisation”.
Gerda potraktowała wówczas tę tragedię wyłącznie jako źródło wstydu dla siebie. Była oburzona na bezczelność Katarki, że śmiała ich tak zblamować. Sam Piotr niewiele się tym przejął, a nawet nie przyszło mu na myśl, żeby się zainteresować, gdzie wyrok został wykonany i co stało się z śmiertelnymi szczątkami siostry. Proces wrastania w środowisko niemieckie był już tak daleko posunięty, że Piotr nie robił większych przeszkód, gdy Gerda po tym wypadku zaproponowała zmianę pisowni nazwiska z dotychczasowego Żmuda (wymawiano Tsmuda) na Schmudde, w urzędach polskich zaczął się znów podpisywać Żmuda, bo mu w sposób nieprzyjemny zwrócił na to uwagę pan Skowronek, który zresztą wygrzebał akt tej sprawy w tutejszym Zarządzie Miejskim. W motywacji wniosku o zmianę pisowni nazwiska podano argument: Ehrenschande des Names (Katharine Zmuda aus Pless – Hochverräterin). „Siostra pańska – Katarzyna Żmuda przynosi panu zaszczyt” – rzekł przy tej okazji pan Skowronek i od tego też momentu Piotr często wracał do niej myślą i niejedną modlitwę wzniósł za nią do Boga.
Teraz więc brutalne dotknięcie tego tematu przez Gerdę musiał szarpnąć Piotrem.
– Katarzyna Żmuda walczyła za Ojczyznę, której pozbawił ją Hitler i jego zbrodniarze. A więc to nie rzuca cienia na twój honor, że nasi palili żywcem miliony ludzi i mordowali całe narody , tylko moja siostra. Tfe, wstydź się, tfe, tfe, pierona i ty siebie nazywasz eine katholische deutsche Frau. Tfe, tfe, pierona.
Stał przed Gerdą w zdenerwowaniu i udawał plucie na podłogę.
Ona zacięła usta i czekała końca jego wybuchu. W ogóle nie słuchała co mówi. Uprzytamniała sobie właśnie sentencję, jaką wyczytała wczoraj w swoim sztambuchu, gdy przed złożeniem go do kosza przerzucała z lubością karty, gęsto zapisane drobnym, starannym pismem: Manmuss allesernst, aber nicht tragisch nehmen. Dziwne, że w tym też duchu napisany był ostatni list jej przyjaciółki Luizy Schmidt z Bawarii, zapraszający zresztą gorąco do przyjazdu. „Mają tu niedługo uruchomić małą fabrykę mebli, gdzie twój mąż mógłby pracować – pisała – już ja bym się o to postarała. Dopóki nie znajdzie się dla was jakiegoś mieszkanka, możecie się rozpakować u mnie, rozporządzam dosyć dużym pokojem i przedpokojem, a w ogóle głowa do góry, oczywiście sytuacja jest ciężka, lecz życia nie należy brać tragicznie…” List ten, który przyszedł przed tygodniem, nie wywarł najmniejszego wrażenia na Piotrze. Gerda, jakkolwiek było między nimi, pragnęła mieć Piotra przy sobie. Jej trzeźwy umysł nie mógł nie doceniać znaczenia męskiego ramienia, zwłaszcza w okresie tak wielkiego przełomu w ich życiu jak wysiedlenie, choć ostatnio odczuwała do niego coraz większą nienawiść, nie przestawała go przecież traktować jako męża i ojca, któremu nie wolno się w żadnym wypadku uchylać od obowiązków żywiciela i opiekuna. Więc dlatego też, biorąc za dewizę złotą myśl ze sztambucha, starała się za wszelką cenę opanować nerwy, głosem, w którym złość miała zostać zatuszowana spokojem, przerwała długą chwilę ciszy.

Zbyszko Bednorz
Rysował Stanisław Rzepa
Tygodnik Powszechny, nr 46 (191), 14 listopada 1948

[Część 3]

0Shares

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *